Liberalny teolog, liberalny duchowny, liberalny kościół - gdy słyszę u rozmówcy takie koniunkcje słów, muszę na szybko zorientować się czy mówi o wolnościowym podejściu do różnych kwestii, czy ma na myśli określony prąd teologiczny nazywany teologią liberalną właśnie.
Nie jest tak że Oświecenie, a wcześniej może i średniowieczny spór o uniwersalia w filozofii, przyniosło same pozytywy chrześcijaństwu (tak wiem, bardzo długo w Rzymie utrzymywano, że same szkody, choć i wśród protestantów znajdą się współcześnie tacy teologowie).
Rysowanie prostych (lub prostackich) związków między nominalizmem, kantyzmem i liberalizmem nie jest moim zamiarem, ale chciałbym na cele popularyzacji zagadnienia zaznaczyć, że związki są.
Gdybym miał uprościć teologię liberalną do jednego zdania to brzmiałoby ono jakoś tak:
“Jezus rozumiany bardziej jako nauczyciel z Nazaretu, niekoniecznie Bóg i zbawca”.
Nie ustawano więc w zmaganiach by Jezusa-wiary oddzielić od Jezusa-historii. Bo ważniejszy miał być ten drugi.
Bardzo pozytywnym aspektem takiego patrzenia na “Nauczyciela z Nazaretu” był nacisk na działalność diakonijną, edukacyjną, medyczną itd.
Co na takim podejściu ucierpiało, to przekaz Ewangelii - miejsca spotkania człowieka z Bogiem.
Piszę o tym, bo mój ulubiony podkast “Queen of the Sciences” doczekał się pierwszego w swej historii odcinka “post-scriptum” (link w komentarzu). Polecałem Wam odcinek o kazaniach (notka z 19 września) i to do tego odcinka duchowni nagrali post scriptum.
Opowiadają w nim o jeszcze jednym typie kaznodziei, z którym się nie zgadzają: kaznodzieja-aktywista kościelny. Według Hinlicky’ch to ktoś, kto zamiast wyjaśniania Słowa Bożego wzywa do zaangażowania w różne inicjatywy kościelne, diakonijne, muzyczne, edukacyjne itp.
Nie krytykują takich działań - przecież chrześcijanin jest wezwany do działania. To co krytykują, to sprowadzenie kazania do przemowy motywującej do działania, przemowy okraszonej cytatami z Biblii. W ich opinii kazanie powinno być wyjaśnianiem Słowa Bożego tak, by to Duch Święty zaczął w człowieku działać - w każdym inaczej. Wszak w luterańskiej tradycji kazanie, obok Komunii, to najważniejszy element luterańskiego nabożeństwa (tak, tak wiem, w praktyce bywa różnie z tą Komunią).
Hinlicky-ojciec mówi, że to Chrystus pierwszy opatruje nasze rany, nasze troski, nasz grzech i nasze słabości. Najpierw musi On sam uleczyć nasze rany, byśmy my mogli być dla innych.
Na końcu pojawia się bardzo smutna historia, którą leciwy pastor Hinlicky opowiada. Bywał gościnnie jako duchowny w pewnej parafii, do której trafił młody pastor prosto po ordynacji - pełen energii i woli działania społecznego. Pod jego przewodnictwem parafia rozpoczęła wiele dzieł społecznych, które z czasem stały się podstawowym zajęciem kongregacji. Przestawienie akcentów z modlenia na działanie sprawiło, że zbór zaczął się kurczyć, popadać w problemy finansowa, a ostatecznie został rozwiązany. Lokalny synod przeznaczył nieruchomości na cele społeczne. Po zborze gromadzącym się na łamaniu Chleba i wyjaśnianiu Pisma w tych budynkach nie ma już ani śladu.
Duchowny pod koniec tylko rzuca z westchnieniem hasło swojego kościoła:
Boże dzieło - nasze ręce.
Ja zaś mogę się tylko z księżmi Hinlicky zgodzić. Nie potrzebuję kościoła by działać charytatywnie, choć potrzebuję by kościół charytatywnie działał.
Potrzebuję by kościół pomagał mi budować moją relację z Bogiem i bliźnimi.
Dobry Samarytanin
Johann Carl Loth, XVII w.

https://www.queenofthesciences.com/e/postscript-to-pastoral-preaching/