Najtrudniejsze rozmowy dla mnie to te z byłymi chrześcijanami. Z ludźmi, którzy wiele czasu w swoim życiu poświęcili poszukiwaniom, którym towarzyszyłem w ich poszukiwaniom. I towarzyszyłem, gdy mówili na końcu poszukiwań - “nie wierzę”.
Ciągle układam to w głowie, ciągle mam przekonanie, że te poszukiwania nie ustają, że dopóki żyjemy - jesteśmy w drodze.
Tulipanowy kalwinista powiedziałby, że taka osoba nigdy nie miała “prawdziwej” wiary, że nigdy nie była wybrana, że zbawienie jest nieutracalne.
Luteranizm mówi o wybraniu, o przeznaczeniu, o predestynacji wierzącego do życia wiecznego - bo wiara daje życie. I wiara, jak uczy Mały Katechizm Lutra, jest darem, łaską (łacińska “gratia” to dar właśnie; słowo “gratis” pochodzi od łacińskiego “gratiis” - darowany, z łaski). O niewybranych luteranizm milczy. Nie wysyła ludzi do piekła.
Arminianizm z kolei mówi o warunkowym wybraniu każdego, o łasce ogólnodostępnej, którą można własną wolą przyjąć.
Pewnie wiecie już, żem luter z przekonania, że ewangelikalne, baptystyczne, zielonoświątkowe “przyjmij Jezusa jako swojego pana i zbawiciela” to dla mnie zbytnie uproszczenie fenomenu wiary, postawienie na ludzkie działanie, na ludzką wolę, która przecież jest grzeszna i może działać pod wpływem emocji, tłumu czy innego “wezwania by podejść do przodu” (wezwania ołtarzowe). Że wiara to nie nagłe poruszenie, jednorazowa decyzja, ale fenomen do tego niesprowadzalny.
Wierzę po lutersku że wiara to łaska, z którą Bóg może czynić ze swoim jak zechce. Ciężko pogodzić mi się jednak z tym, że część ludzi nie doświadcza takiej radości z wiary, jak ja; że wiara nie jest rzeczą wszystkich (2Tes 3, 2) 💔. Czuję się trochę jak dziennikarz z powieści “Dżuma” Camusa, który zostaje w Oranie bo nie mógłby być szczęśliwy poza nim wiedząc, że tu umierają ludzie. Pragnienie Boga by zbawić wszystkich (1Tym 2 3-4) i świadomość, że nie każdy ma zabawiającą łaskę wiary - owo zderzenie tych dwóch sprzeczności jest tradycyjnie nazywane krzyżem teologów “Crux Theologorum” - jest to krzyż wybitnie luterański, który trzeba nieść, by nie wydawać wyroków w imieniu Pana lub nie kłaść zbawienia w woli człowieka.
Choć teologiem nie jestem, to ten krzyż noszę. A tym cięższy, im więcej znajomych mi wyznaje “już nie wierzę”.
Jakimś pocieszeniem jest to, że to żniwo nie jest moje, że ta winnica nie jest moja.
Mam swoje powołanie, swoje wybranie i swoje zadanie. I swój krzyż.
Pociesza również wielka teologia w prostych pieśniach - min. luterska pieśń bożonarodzeniowa “Przy Twym żłóbku stoję dziś”. Najbardziej przemawia do mnie z melodią, a jakże, Marcina Lutra! W Śpiewniku Ewangelickim, jest wersja z melodią Bacha. Wersja “kompromisowa” - melodia Lutra “Es ist gewisslich an der Zeit” w opracowaniu Bacha znalazła się w szóstej kantacie z Oratorium Bożonarodzeniowego Piątego Ewangelisty (BWV 248). Tę wersję Wam załączam w komentarzu.
A poniżej subiektywny wybór zwrotek z poezji Gerhardta:
- Ty, zanim sam zrodziłem się,
oddałeṡ mi się w niebie,
na własność swą wybrałeṡ minie,
nim sam poznałem siebie.
Nim ręką mi nadałeṡ kształt,
wiedziałeṡ, jak mi Ciebie brak,
więc chciałeś moim zostać.
- Gdy mnie przygniotła noc i śmierć,
Ty byłeś moim słońcem,
swe życie, radość chcesz mi nieść
w miłości swej gorącej.
Niech w duszy mojej słońce Twe
przez światło wiarą stanie się,
niech błyszczą Twe promienie.
- Z radością patrzę w Twoją twarz,
mój Jezu, drogie Dziecię.
Chcę przyjąć dar Twój, Panie nasz,
i z Tobą żyć na świecie.
Daj, by mój zmysł przepaścią był,
bym w morzu duszy Ciebie skrył,
bym Ciebie pojąć zdołał.
- Dziś pewność mam, że w przyszły czas
mnie, Zbawco, nie zawiedziesz!
Bym z tobą, w Tobie każdy raz,
wieczności miał nadzieję.
Daj, bym Twym żłóbkiem mógł się stać,
przyjdź do mnie, Jezu by mi dać
radości swoich wiele!
Zamykam się na tydzień w gościnnych ekumenicznie murach jezuitów i wrócę z kolejnymi notatkami już po rekolekcjach - w nowym roku 🙂
Dzieciątko leżące w żłobie
Victor Paul Mohn, przełom XIX i XX w
