Pod ostatnią (117-tą) notką pojawiła się dyskusja odnośnie roli instytucjonalnej przynależności, formalnej konwersji i wiary.
W swoich poszukiwaniach musiałem zadać sobie pytanie czy instytucjonalna przynależność jest mi w ogóle potrzebna, zwłaszcza, że historia kościołów to historia wielu upadków i kompromitacji tych instytucji.
O instytucjach kościelnych myślę tak, jak Luter myślał o człowieku - święte i grzeszne jednocześnie, jak my wszyscy.
W szeroko rozumianym protestantyzmie przynależność instytucjonalna nie jest “wskaźnikiem” podążania drogą do życia wiecznego, nie jest “pewnikiem” zbawienia.
Swoją decyzję o dołączeniu do Kościół Ewangelicko-Augsburski (Luterański) w Polsce pomogli mi podjąć dwaj luterańscy teologowie: Dietrich Bonhoeffer i Søren Kierkegaard (toutes proportions gardées).
Bezreligijne chrześcijaństwo Bonhoeffera i rozczarowanie instytucjonalnym kościołem Kierkegaarda było w moich poszukiwaniach przełącznikiem z myślenia instytucjo-centrycznego na myślenie o byciu chrześcijaninem jak gdyby instytucji nie było. Instytucja kościoła nie jest Kościołem. Jest tylko towarzyszką na chrześcijańskiej drodze.
Dlatego bardzo cieszę się na każde niedzielne nabożeństwo, na Ciało i Krew Chrystusa, na wspólny śpiew zboru i kawiarenkę po nabożeństwie. Pomimo tego, że moje liturgiczne serce tęskni do innych form liturgicznych, które znają luteranie skandynawscy, brytyjscy czy amerykańscy.
O tym, że religijność może być zagrożeniem dla wiary rozmawiano w podkaście Rozmowy Stołowe poświęconym Kierkegaardowi właśnie. O teologii i filozofii religii tego ewangelickiego myśliciela można posłuchać w odcinku, który zamieszczam w komentarzu.
