Korony ślubne pewnie większość z nas od razu łączy z prawosławną ceremonią zaślubin.
Do niedawna sam nie słyszałem o luterańskich ślubnych koronach.
Co do tradycji prawosławnej, pan młody i pani młoda są w kościele koronowani podczas tej ceremonii. O luterańskim odpowiedniku tej tradycji dowiedziałem się w Göteborgs stadsmuseum (Muzeum miejskim w Gothenburgu). Luterańską koronę podczas ceremonii zaślubin ma na głowie wyłącznie Pani Młoda.
Zwyczaj ten sięga jeszcze do średniowiecznej Szwecji, a że szwedzka reformacja luterańska była jeszcze bardziej zachowawcza niż jej niemiecka odpowiedniczka, zachował się w Svenska kyrkan i ten zwyczaj.
Jak wyjaśnił mi przewodnik, korony ślubne zaczęły zanikać w liturgii ślubnej powoli, ustępując miejsca białej sukni.
A że, jak pewnie zauważyliście, liturgiczne smaczki lubię, to podzielę się pewną obserwacją ze ślubu bliskich mi ludzi, z którymi wspólnie przygotowywaliśmy się do konwersji.
I z góry zaznaczam, że zdaję sobie sprawę z tego, że każdy liturgiczny tekst może być interpretowany na różne sposoby, a teologia wyrażana w innym języku.
Natomiast w swoim życiu już tyle razy słyszałem katolicką przysięgę małżeńską, że gdy usłyszałem tę, której używa polski kościół luterański, musiałem zdać sobie sprawę jak podkreśla się w niej Boże działanie.
W znanej mi przysiędze rzymskokatolickiej przysięga się “biorę sobie ciebie za żonę/męża”, podczas gdy u polskich luteran “z ręki Bożej przyjmuję ciebie”.
W dalszym przebiegu przysięgi w kościele rzymskim: “dopóki śmierć nas nie rozłączy”, u ewangelików zaś “dopóki Bóg przez śmierć nas nie rozłączy”.
Takie drobne różnice, a w moim odbiorze akcenty trochę inaczej poustawiane: z ludzkiego działania na Pańskie.
Przejazd panny młodej przez Hardangerfjord, detal
Adolph Tidemand & Hans Gude
1848
