Święty Marcin Luter NIE jest patronem Parafia Ewangelicko-Augsburska w Krakowie, choć moich katolickich przyjaciół często to dziwi 😀 Marcin Luter jest zaś prywatnie ulubionym świętym prof. Marka Kity, do czego żartobliwie się przyznaje w jednym z najnowszych podkastów Więź. Link zamieszczam w komentarzu.
Gdybym miał opowiedzieć o tym, jak myślę o Kościele - to chyba tak jak prof. Kita. Choć jestem przecież w innym kościele. Luter pojawia się w tej rozmowie jeszcze raz: gdy prof. Kita mówi o tym, że Kościół Rzymskokatolicki popadł w swego rodzaju niewolę, choć nie jest to niewola babilońska, bo ten tytuł jest już użyty przez pewnego augustianina z Wittenbergi.
Zainteresował mnie jednak problem, z którym luteranizm zmaga się od drugiej połowy XVII wieku - relacja małych wspólnot do większego ciała kościelnego, w ramach którego działają.
Nie da się budować wspólnoty relacji i przyjaźni w parafii, która ma kilka tysięcy wiernych. Gdy pod koniec XVII wieku rodził się pietyzm, stawiał on na formację w małych grupach - w konwentyklach. Rozważano tam Słowo Boże, modlono się i wspierano. Działo się to jednak poza oficjalnym “obiegiem” kościelnym, co często powodowało napięcia między pietystami a oficjalnymi władzami kościelnymi. W takich dylematach mam twardy orzech do zgryzienia - bardzo chciałbym, by zbory były wspólnotami kochających się braci i sióstr, których serca płoną miłością do Boga, a z drugiej strony chciałbym, aby instytucjonalne mechanizmy potrafiły chronić wiernych przed nadużyciami ze strony liderów takich wspólnot.
Jest jeszcze i inny problem - jeżeli moja duchowość realizuje się tylko w małej wspólnocie, to jaką mam relację z i wobec instytucji nadrzędnej? Zbór Chrystusowy nie realizuje się przecież wyłącznie w małej wspólnocie. A co jeżeli mała wspólnota jest zupełnie inną implementacją tej większej? Przykład z przytoczonego podkastu:
Ks. prof. Halik, czeski “konwertyta” z ateizmu na rzymski katolicyzm był towarzyszem wielu wątpiących, wielu ludziom pomógł znaleźć miejsce w Rzymskim Kościele. Jednak redaktor Terlikowski (drugi z dyskutantów), powołując się na swojego znajomego duchownego z Czech, mówi o tym, że ludziom z duszpasterstwa ks. Halika ciężko odnaleźć się w “zwykłej” parafii - bo innego katolicyzmu byli nauczeni.
Poruszyła mnie ta historia, bo ja luteranizmu doświadczyłem nie we wspólnocie, lecz w książkach, artykułach i podkastach. Oraz oczywiscie na YouTube, gdzie zachwycałem się liturgiczymi starociami z kościołów skandynawskich, czy amerykańskich.
Decydując się na konwersję na luteranizm w Polsce musiałem pożegnać się z procesjami, kadzidłami, śpiewanymi czytaniami itd. To kościół z inną niż skandynawska historią. Musiałem też przyznać przed sobą, że ciężko będzie mi odnaleźć się w kościele, w którym dbałość o liturgię nie jest tak istotna jak na mszach trydenckich, na które niemalże wyłącznie chodziłem. Ciężko żegnać coś, z czym było się tyle lat związanym. Kościół instytucjonalny, który teraz współtworzę, nie jest moim wymarzonym kościołem. Liturgie, w których uczestniczę nie są moimi wymarzonymi liturgiami.
Ale jednak to wiara przywiodła mnie do Kościół Ewangelicko-Augsburski (Luterański) w Polsce, to teologia tego kościoła dała mi odpowiedzi na pytania i wątpliwości, z którymi wyruszyłem w drogę z Rzymu do jeszcze-nie-wiem-gdzie.
A kościół? Duchowni?
We wczoraj wysłuchanej rozmowie z prof. Kitą i w dzisiejszym kazaniu mojego proboszcza zarezonowały we mnie słowa Pawła z drugiego listu do zboru w Koryncie. Doskonale ilustrują one to, co myślę o instytucjach i duchownych, są po to by:
“nie jakobyśmy byli panami nad wiarą waszą, ale iż jesteśmy współpracownikami waszymi, abyście radość mieli; albowiem wiarą stoicie”
Luterańska msza (szw. Högmässa) w Eskilstuna
fot: oficjalna strona Svenska Kyrkan
