Zaprzeczenie prawdziwości zmartwychwstania to był szok!
Bultmann, heretyk, luter - wiadomo… Czego się spodziewać. W porządnym i prawowiernym Rzymie takiego wykładowcę wzięłoby się za fraki, odebrało posadę na uniwersytecie i byłby spokój z takimi herezjami.
Jak z Hansem Küngiem.
Tak myślałem jako pobożny trads katolicki. Na szczęście na naszym tradsowskim duszpasterstwie akademickim duszpasterz konfrontował nas z różnymi prądami teologicznymi (pisałem o nim w notce #277), co paradoksalnie uratowało mi w przyszłości wiarę.
Gdy po magisterce z filozofii przestałem wierzyć w Jezusa straciłem sens “uniwersalny” swojego życia. Były w nim oczywiście dalej sensy “partykularne” - rodzina, przyjaciele, hobby itd. Ale dla post-chrześcijanina to było za mało. Kto raz jadł czekoladę, nie zadowoli się wyrobem czekoladopodobnym.
Ciągle miałem jednak z tyłu głowy rozumienie mitu, o której pisał rumuński religioznawca Mircea Eliade, a które wyniosłem z wykładów z filozofii religii na Wydział Filozoficzny Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie. Napisał on coś takiego, że mit nie jest fałszem. Mit jest prawdą, bo gdyby nią nie był, nie byłby opowiadany przez tysiąclecia. Mit niesie więc w sobie pewną opowieść zawsze prawdziwą i ponadczasową.
Gdy więc w procesie powrotu do wiary wziąłem do czytania programowy esej Rudolfa Bultmanna “Nowy Testament i mitologia” byłem zaskoczony, że zamiast bezpardonowego ataku na historyczność zmartwychwstania, znalazłem pomoc w rechrystianizowaniu swojego życia - egzystencjalne i eschatologiczne czytanie Pisma Świętego:
Chrystus wydarza się w moim życiu teraz - wypełnia je sensem, staje się podstawą mojej egzystencji, jej sensem i ostatecznym wypełnieniem.
To było olśniewające!
W procesie powrotu do wiary mogłem więc sobie trwać jeszcze w niewierze w zmartwychwstanie, a jednocześnie znajdować w Chrystusie cały sens swojej egzystencji, którego tak brakowało mi po utracie wiary.
Bultmann przeprowadził mnie przez most wątpień do Logosu.
Moja wiara w zmartwychwstanie, choć nie jest niezachwiana, przyszła później. Raczej w formie intelektualnego dopustu, że skoro Chrystus był Bogiem, to mógł zmartwychwstać…
Zacząłem więc rozważać Ewangelię nie jako powieść historyczną, ale jako eliadowski mit, jako Kerygmat o Chrystusie, który dźwiga mnie z nihilistycznego dołka. A że wierzę, że to Słowo Boże, to miało ono moc, by nakarmić mnie wystarczająco, by nie roztrząsać tematu zmartwychwstania dalej; tyle mi wystarczy. Bultmannowym mostem przechodzę do unsensawniającej moje życie lektury opowieści biblijnych.
Bóg chyba ma więc poczucie humoru - przeprowadził mnie od uważania Bultmanna za typowego przedstawiciela kolejnej luterskiej herezyi - do ratownika mojej wiary, pomocnika jej zmartwychwstania.
Tak widzę rolę teologów - szukać propozycji odpowiedzi i narzędzi pomocnych w wątpliwościach, które nadejdą. Dlatego ewangelickie podejście do eksplorowania różnych zakamarków teologicznych, także i ślepych zaułków, cenię sobie bardziej niż papieskie indeksy teologów zakazanych, odbieranie pracy na akademii czy straszenia kościelnymi sankcjami.
Teolog jest mi więc towarzyszem na drodze wiary, przewodnikiem gdy doszedłem do ściany wątpliwości. Kimś kto bada, potyka się, błądzi (nie myli się kto nic nie robi), ale przy tym tworzy mapę możliwych dojść do “celu naszej wiary - zbawienia dusz” (pierwszy list Piotrowy) <3
Poznajcie więc jednego z ratowników mojej wiary - Rudolfa Bultmanna w najnowszym odcinku Rozmowy Stołowe opowiada o nim ks. Dariusz Chwastek, proboszcz Parafia Ewangelicko-Augsburska Wniebowstąpienia Pańskiego w Warszawie.
Link w komentarzu
Kapellbrücke (most kaplicowy) w Lucernie,
Szwajcaria, połowa XIV w.
fot: Wikimedia
