Kalwin strzelił focha i się przyjaźń polsko-genewska skończyła. Czy tupał nóżką przy fochu? Tego nie wiem, ale się domyślam.
A o co poszło? O nikodemitów.
Tak Reformator określał osoby, które choć sprzyjały Reformacji i wierzyły po “heretycku”, trwały w dotychczasowych strukturach kościelnych, społecznych, akademickich. Trwały w trudnym położeniu i konflikcie sumienia. Kalwin wzywał francuskich nikodemitów do “wyjścia z szafy” i kto wie, czy nie przyczyniło się to kilkanaście lat później do ich (hugenotów) rzezi podczas Noc Świętego Bartłomieja.
W najnowszym odcinku podkastu Rozmowy Stołowe, który zamieszczam poniżej, dr hab. Maciej Ptaszyński z Uniwersytetu Warszawskiego opowiada, że polscy kalwini nie byli bardziej kalwińscy od Kalwina. Gdy Kalwin wymagał od Jana Tarnowskiego rozwiązania kwestii nikodemitów w polskim zborze reformowanym, tak, by wyznanie reformowane stało się wyznaniem publicznym, na co Tarnowski odpowiedział, że nie zrobi tego, bo nie chce wywołać w Polsce wojen religijnych.
Gość księdza Sebastiana Madejskiego pokazuje też jak skomplikowane są losy polskiej Reformacji: obecne tereny Mazur czy Śląska Cieszyńskiego nie należały wtedy do Rzeczypospolitej, a to tam rozwijał się luteranizm. I co ciekawe, ówczesny luteranizm pruski nie był narzędziem germanizacji (a ten germanizacyjny to miał miejsce wtedy, gdy już Hohenzollernowie przeszli na kalwinizm). Świecki książę Hohenzollern dbał o to, by byli tłumacze tam, gdzie ludność nie władała językiem niemieckim. Tak, by Słowo Boże karmiło Zbór w języku, który jest zrozumiały. No i jeszcze zwróciłem uwagę na jeden fakt - Rzeczpospolita poprzez swoje pruskie lenno, godziła się i musiała tolerować, że król Polski jest jednocześnie zwierzchnikiem pierwszego luterańskiego księstwa na świecie!
Pojawia się też pytanie o to dlaczego Reformacja w Polsce przegrała z kontrreformacją. Pan Ptaszyński mówi jednak, że to wcale nie tak. Kościoły wyrosłe z Reformacji przetrwały w Polsce zawirowania tamtych czasów i późniejszych. I choć nie cieszyły się pełnią swobód, nie można było w Rzeczpospolitej zabić kogoś za herezję, nawet gdyby rzymskokatolicki trybunał tak orzekł. I tak mamy w naszym kraju po dziś dwa siostrzane kościoły wyrosłe z pierwszej Reformacji: Kościół Ewangelicko-Augsburski (luterański) oraz Kościół Ewangelicko-Reformowany (~kalwiński). Łączy je pełna komunia ambony, ołtarza oraz ordynacji.
Osobiście jako ewangelik-luteranin patrzę na innych chrześcijan jak na członków tego samego Kościoła Katolickiego - Powszechnego, tylko z inną duchowością, historią i tradycją. Trochę jak różne kościoły prawosławne (oczywiście tylko te, które uznają się wzajemnie za kościoły), czy różne obrządki uznające papieża.
I ostatnia refleksja: jest jeden ważny plus bycia kościołem mniejszościowym: mniej jest pokus dla wiernych i dla duchownych by zawiązywać sojusz tronu z ołtarzem. I krótszy jest ogon krzywd ciągnących się za instytucjami; krzywd których jest się współwinnymi jak w np. w Anglii, Hiszpanii, Szwecji czy Rosji.
Hołd pruski (detal)
Jan Matejko, XIX w.
