Zielonoświątkowcy i ewangelikałowie nie są protestantami. To teza ks. Andrzeja Kobylińskiego, rzymskokatolickiego duchownego, profesora nauk filozoficznych. Duchowy na początku rozmowy z Danielem Chmarzyńskim w podkaście zaFIKsowany chrześcijaństwo dzieli na cztery gałęzie:
- kościół katolicki (nie wiem, czy chodzi tylko o rzymski, czy również o starokatolików)
- kościół prawosławny
- kościoły/wspólnoty protestanckie, które wyrastają z reformacji Marcina Lutra
- chrześcijaństwo zielonoświątkowe, jako najmłodsza, około stuletnia gałąź.
Moim zdaniem, podział jest uproszczony, ale nie o tym. Zaskoczyło mnie po prostu, że ks. Kobyliński nie zalicza ewangelikałów i zielonoświątkowców do rodziny protestanckiej, ale tworzy nową kategorię. Religioznawcą nie jestem, ale ja się z tym podziałem nie zgadam.
Jak może zauważyliście, jakąś wielką miłością do zielonoświątkowców i ewangelikałów nie pałam. Podziwiam ich gorliwość i zapał, kocham jak rodzeństwo w chrześcijańskiej wierze, ale podzielam wszystkie obawy, o których w rozmowie mówi gość podkastu. Link znajdziecie oczywiście poniżej.
To nie jest też tak, że dopiero sto lat temu chrześcijanie zaczęli utrzymywać, że mówią nieznanymi językami (glosolalia), lub obcymi sobie językami (ksenoglosolalia). Nie nowe również są ekstatyczne przeżycia, w których pojawiają się krzyki, płacz, upadki na podłogę etc.
Przekazy takie mamy nie tylko w Nowym Testamencie, ale i w średniowieczu:
- Margery Kempe (XIV w.) miała była otrzymywać niezwykłe poruszenia podczas mszy, czym wprawiała w osłupienie wiernych i kler. Płacz, radość, okrzyki, upadki doprowadziły ją nawet do procesu o herezję.
- Hildegarda z Bingen (XI w.) była nie tylko kompozytorką i organizatorką życia monastycznego, w swoich modlitwach miała była używać nieznanego języka, który nazwała nawet lingua ignota
- Antoni Padewski (XIII w.) miał był wygłosić kazanie, które zrozumiałe było dla ludzi różnych języków.
Załączam Wam również film z religioznawczego kanału Religion for breakfast, na którym mówi się o korzystnych aspektach “mówienia językami”, wskazując które ośrodki w mózgu ulegają aktywacji w trakcie tego sposobu modlitwy.
Patrzę więc na ten sposób modlitwy, jak na… kolejny sposób modlitwy. Dla mnie trochę dziwny i niezrozumiały. Ale nie wszyscy też rozumieją moją miłość do kadzidła, pokłonów, śpiewania psalmów i w ogóle do starokościelnych elementów liturgii.
Nie wierzę, że glosolalia, trans, hezychazm, wizje i ekstazy mają niebiańskie pochodzenie. Przeciwnie, wierzę, że Stwórca umie posługiwać się swoim stworzeniem tak, by dać nam w życiu duchowym coś, co mój niegdysiejszy rzymskokatolicki kierownik duchowy nazwał “cukierkami duchowymi”.
Choć raz w życiu, nieproszenie, dostałem takiego cukierka, to nie próbuję go sobie tłumaczyć mechanizmami neurologicznymi. Mógłbym w tym dłubać, ale po co? Jestem świadom prawdopodobnych mechanizmów takich zjawisk, a tylko bym sobie odarł to doświadczenie z jego piękna, “przykładając mędrca szkiełko i oko”.
To był cukierek.
Pełnowartościowym pokarmem jest Słowo Boże.
Zwiastowane i spożywane.
Pantokrator Synajski
fot: własne

Rozmowa z ks. Andrzejem Kobylińskim:
Podkast religioznawczy o glosolalii: