Rzymski katolik to złe towarzystwo dla nastoletniego ewangelika. Takie opinie cieszyńskich babć, wygłaszane wobec wnucząt, przekazała mi obserwująca tego bloga osoba z tamtych stron. Są też i kontrprzykłady: gdy w parafii rzymskiej na tejże cieszyńskiej ziemi zorganizowano pokaz tzw. “filmu dokumentalnego” o Lutrze, parafianie rzymskokatoliccy grzecznie poinformowali proboszcza, że szczucia na ewangelickich sąsiadów nie będą tolerować.
Co jednak usłyszałem od kilku osób z tamtych stron, to to, że o wierze się tam nie rozmawia, że jest to tabu. Ze względów rodzinnych uczestniczy się wzajemnie w religijnych uroczystościach, ale nie rozmawia się ani o tym co łączy, ani o tym co dzieli.
Dobre sąsiedztwo, choć na czas snu nieme, łączy też ewangelicką społeczność cmentarza parafii przy Kościele Wang w Karpaczu z Tadeuszem Różewiczem. Rzymskokatolicki poeta chciał, aby jego pochówek na ewangelickim cmentarzu zbliżał katolików i ewangelików.
Jest też i w polskiej świątyni ewangelickiej dobre, choć znowu nieme, sąsiedztwo Niemca, Żydówki oraz dwóch Polaków pochodzenia niemieckiego. Dwóch ewangelików i dwoje rzymskich katolików.
Tym miejscem jest Wrocław i kościół parafii ewangelicko-augsburskiej Świętego Krzysztofa. Są tam bowiem witraże upamiętniające czterech męczenników XX wieku: ks. Dietricha Bonhoeffera, s. Edytę Stein, o. Maksymiliana Kolbego i bpa Juliusza Burschego.
Równe 85 lat temu, dobity zastrzykiem z fenolu, w niemieckim nazistowskim obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau, koronę męczeństwa otrzymał o. Maksymilian (Rajmund) Maria Kolbe. Postać skomplikowana. Postać, której misyjny zapał do Chrystusa przywodził mieszkańców Japonii. Postać, której uwikłanie w antyjudaizm jest głęboką skazą, skazą nieobcą wielu ludziom tamtych czasów. W końcu postać, która dobrowolnie oddała życie za drugiego więźnia, bo jak powiedział Pan, “Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich.” (Jana 15).
15 czerwca 1941 roku Kolbe pisze swój ostatni list do matki. Rozpoczyna go od słów:
“Meine liebe Mutter”.
Tak, po niemiecku, bo oprawca wymagał, by korespondencja z Konzentrationslager Auschwitz-Birkenau była po niemiecku.
Po niemiecku również swój utwór do słów tegoż listu rozpoczyna prof. Michał Sławecki, dziekan Wydziału Muzyki Kościelnej Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie.
Poniżej załączam list, oraz kompozycję o niego opartą:
Nazwisko: Kolbe Rajmund urodzony 8.1.1894
Numer obozowy: 16670
Moja kochana Mamo.
Pod koniec miesiąca maja przyjechałem z transportem do obozu w Oświęcimiu. U mnie jest wszystko dobrze. Kochana Mamo, bądź spokojna o mnie i o moje zdrowie, gdyż dobry Bóg jest na każdym miejscu i z wielką miłością pamięta o wszystkich i o wszystkim. Byłoby dobrze przed moim następnym listem nie pisać do mnie, ponieważ nie wiem, jak długo tu pozostanę. Z serdecznymi pozdrowieniami i pocałunkami
Kolbe Rajmund,
Oświęcim 15.VI.1941
o. Kolbe i bp. Juliusz Bursche
Witraże “Czterech męczenników XX wieku” w kościele ewangelickim św. Krzysztofa we Wrocławiu
fot. Wikipedia
